Uciekł mi tramwaj.

To taki nasz rytuał, rodzaj poniedziałkowej gry porannej. Ja staram się zdążyć, on – stara się zwiać. I zwykle wygrywa, choć nie zawsze pamięta o regułach fair play. Dziś też zdążyłam tylko z daleka zobaczyć tył piętnastki, choć według rozkładu powinna pojawić się na rondzie dopiero za kilka minut.

Lejący się z nieba żar skutecznie powstrzymał mnie przed pogonią. OK, przyznaję: nawet gdyby wiosna nie próbowała na siłę udawać lata, by nadrobić kwietniowe zaległości, i tak nie biegałabym za byle tramwajem, mowy nie ma! Trzeba się przecież szanować. W ramach dbania o godność osobistą znalazłam więc wolne miejsce na ławeczce pod wiatą, by oddać się porannej lekturze. I już, już miałam zagłębić się w Sadze Puszczy Białowieskiej Simony Kossak, gdy moją uwagę przykuła nieruchoma postać, nieco na lewo od mojego prowizorycznego schronienia przed porannym skwarem.

Wiecie, w poniedziałkowy poranek na moim przystanku jedynym statycznym elementem wydaje się kiosk, choć mam wrażenie, że – gdyby tylko mógł – to i on oderwałby się od podłoża, by pospacerować nerwowym krokiem wzdłuż tramwajowych szyn albo poszukać schronienia w parku po drugiej stronie ulicy. Ludzie natomiast: krążą, drobią, spacerują, kręcą się, rozglądają, machają rękami, gazetami, skryptami i torbami, przestępują z nogi na nogę, wyginają się i wspinają na palce, by sprawdzić, czy gdzieś w oddali nie majaczy już numer wytęsknionej bimby, tupią, kopią kamyk, kapsel lub gałązkę, drepczą, człapią, podskakują, łażą, szurają nogami, truchtają…

To odwieczne prawo poniedziałkowego poranku. Trzeba się spieszyć. Nie wolno się zatrzymać.

Złamał je jeden człowiek.

W gęstniejącym, falującym niezbornie ludzkim tłumie stał sobie, obojętny i spokojny jak skała. Starszawy, łysiejący, uzbrojony w czarną, sfatygowaną nieco teczkę i przyodziany w mundurek everymana – koszulkę polo oraz spodnie w neutralnych kolorach. Twarz odwrócona ku słońcu. Zamknięte oczy. Usta – uśmiechnięte, a może tylko wygięte w lekkim grymasie po konfrontacji ze słonecznym blaskiem…

Nie było w nim nic szczególnego. Tylko spokój, to skupienie się na byciu tu i teraz, na łapaniu ciepła, słońca, dnia. Tylko jaśniejąca w tłumie, pogodna twarz, bez lęku i bez wstydu zwrócona ku światłu. Tylko tyle.

Przyglądałam się temu człowiekowi przez kilka długich minut. I w końcu mnie olśniło. Ludzie mijali go, zaaferowani swoimi sprawami, nie zauważając, że tuż obok odbywa się czyste, przedwieczne, pogańskie misterium. Że mają przed sobą najprawdziwszego bożka słońca, współczesnego, całkiem nieźle zakamuflowanego Swaroga, który wymknął się ze swojej kryjówki (dla pogańskich bóstw nastały teraz ciężkie czasy…) na spacer, a może – na małą kontrolę?

Nadjechał tramwaj. Tłum zafalował. Swaróg otwarł oczy i słoneczna struga obmywająca jego twarz rozpadła się na tysiąc złotych iskier… Zamigotały mi przed oczami, a kiedy zniknęły, nie zobaczyłam już na przystanku zdemaskowanego bożka.

Wsiadł do tramwaju?

A może po prostu zniknął, gdy dostrzegł, że mu się przyglądam? Pradawne bóstwa muszą być przecież bardzo ostrożne w tym brutalnym, na wskroś nowoczesnym świecie…

Zwłaszcza gdy zazdrośnie przygląda im się jakiś śmiertelnik.

Reklamy