Nie wierzcie w opowieści o cudownych objawieniach poprzedzanych obowiązkowo rozmaitymi znakami: od narodzin dwugłowych cieląt przez przypominające tego czy owego świętego maziaje na szybach aż po podwójne, potrójne lub poszóstne tęcze na niebiesiech… Nie wierzcie i basta!

Prawdziwe objawienia następują znienacka. A zapowiadają je najwyżej ogłoszenia na drzwiach wiodących do klatki bloku.

W ten właśnie sposób, zapowiedziany drogą urzędową, bez trąb, cudów i zapachu lilii, nawiedził mnie dziś anioł. I to nie jakiś tam rozkoszny cherubinek z loczkiem nad czołem – anioł dorosły, poważny, uzbrojony, a na dodatek – wieszczący Apokalipsę.

Dobrze, może nieco mnie poniosło. W zasadzie anioł okazał się Aniołą, bo tak nazywa się właściciel firmy przeprowadzającej na moim osiedlu coroczne kontrole instalacji gazowej. Ale Anioła Apokalipsy brzmi wciąż nieźle, prawda? Uzbrojenie też okazało się prawdziwe, najprawdziwsze – specjalny miernik gazu w profesjonalnie wyglądającej walizeczce. No i z tym wieszczeniem wcale nie przesadzam. Ani trochę.

Anioł(a) dostojnym krokiem przeszedł się po mieszkaniu, bacznie sprawdzając instalację w kuchni (nic się nie ulatnia, mogę gotować!) oraz okolice licznika w przedpokoju (i tu już gorzej, bo czujnik zapikał ostrzegawczo), spisał protokół, zapowiedział kolejne objawienia, tym razem pomniejszych demonów, odpowiedzialnych za naprawy gwarancyjne nieszczelnej instalacji, poprosił o podpis na protokole (obyło się bez utaczania krwi, wystarczył długopis), a później, groźnie poruszając wąsem, wyrecytował zapowiedź  końca świata.

Zapowiedź brzmiała zawile, ale z pojawiających się w niej kilka razy haseł: „wymiana”, „cieplik miejski” (nie mylmy z „fluidem ciepła” z XVIII-wiecznej teorii Jędrzeja Śniadeckiego), „remont”, „w przyszłym roku się za to zabiorą pewnie”, „naprawy gwarancyjne”, „pani kochana, to będzie sajgon” oraz „to już postanowione”, wywnioskowałam, że po ubiegłorocznych przygodach z zimną wodą najwyraźniej przyszedł czas na ciąg dalszy.

Anioł(a) Apokalipsy zakończył swój wywód współczującym spojrzeniem, pokiwał głową, spakował walizeczkę i energicznie wymaszerował z mojego życia, by siać grozę w kolejnych mieszkaniach. Licznik łypnął na mnie złowieszczo zza wpół uchylonych drzwi szafki w przedpokoju, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że żadne nieziemskie istoty nie odbiorą mu prawa do bycia bezczelnie nieszczelnym. A ja przysiadłam na komódce w przedpokoju i na kilka minut po prostu zastygłam sobie w stuporze, w pozie i z miną demona z obrazu Michaiła Wrubla, uderzona wizją kolejnych zimnych pryszniców, kurzu, gruzu i administracyjnego bałaganu, które to plagi niechybnie nadciągną, gdy tylko słowo anielskie zmieni się w ciało.

Ratunku?

Reklamy