Praca w teatrze to zajęcie wysokiego ryzyka.

Nie tylko dlatego, że można stracić kontakt z rzeczywistością. Nie ze względu na znaną prawdę, że można wyjść z teatru, ale teatr już nie wyjdzie z człowieka, jeśli raz wlazł mu do głowy (lub głębiej). I nie dlatego, że po kolejne sceny wyciągają się łapczywe macki „dobrej zmiany”, a niepoprawne politycznie przedstawienia – zamiast żądnych metaforycznej krwi krytyków – przyciągają bojówkarzy, którzy od metafor wolą metalowe pręty, a od językowych potyczek – język pięści i ustawki w blasku rac.

Ryzyko kryje się w powtórzeniach. Człowiek nie zdąży się nawet zorientować, a już jego pamięć przenikają zasłyszane ze sceny słowa, bon moty, piosenki… I nie chcą, nie chcą, nie chcą wyjść! Przyczajają się w zakamarkach umysłu, cierpliwie czekając na odpowiednią chwilę, w której będą mogły zaatakować osłabioną, a przez to mniej czujną ofiarę.

Wystarczy jeden przebłysk niepokoju, leciutkie ukłucie strachu, smutku, złości – i w głowie wybucha mi jazgot cytatów. I już nie wiem, czy to one idealnie pasują do mojej sytuacji, czy też ja – bezwiednie – dopasowuję się do nich.

* * *

Zaczyna się od prostego pytania: a jeśli?

A jeśli wszystko, co dobre, już mi się przydarzyło?
A jeśli na dobre utkwiłam w martwym punkcie, w którym jedyne jasne strony to praca i książki?
A jeśli przeoczyłam najważniejsze drogowskazy?

Odpowiedź usłużnie podsuwa mi Versus Rodriga Garcii. I bynajmniej nie pomaga.

* * *

Mógłbym — powinienem — rozdać czas, który mi pozostał. Rozdać go nieznajomym, darować życie, które mi zostało, komu mi się spodoba. Rozdzielić czas między łóżka chorych. Niektórym dostałyby się lata, innym dałbym miesiące, jeszcze innym parę godzin — pod warunkiem, że obiecaliby wykorzystać je do końca i umrzeć w ostatniej sekundzie, robiąc jakieś szaleństwo.

Słuchajcie, naprawdę, muszę już lecieć. Na zewnątrz czeka na mnie taksówka.

Wszyst­ko, co natura inwestuje w moją osobę, wydaje się prawdziwym marnotrawstwem.

Ja już dostałem to, co mi się należało: mój przydział rzeki, czystego powietrza — i tego zatrutego też. Niejedno zwierzę straciło życie, żeby znaleźć się na moim stole. Zabrałem Ziemi więcej, niż naprawdę potrzebowałem.

Jeżeli chodzi o uczucia, nie ma o czym mówić. Ukłucie sztyletu, które powtarza się tyle razy, przestaje być śmiertelne. I tak to wygląda.

Zostałem dostawcą czasu, zawód jak każdy inny.

Komu mogę podarować moje ostatnie pięć sekund?

* * *

Tak mi właśnie jest.
I – choć staram się to maskować, choć pracuję z uśmiechem, ganiam na koncerty, włóczę się po parkach, wyszukuję sobie kolejne zajęcia – czuję się ostatnio cholernie zbędna.

Reklamy