Często słyszała – od znajomych i nieznajomych – że ma ładny głos. Że dobrze się jej słucha. I że powinna pomyśleć nad pracą w jakiejś przyjemnej stacji radiowej.

Uśmiechała się, dziękowała, niekiedy tylko dając do zrozumienia, że peszy ją, kiedy ktoś zanadto skupia się na komplementowaniu tego, co przecież nie było żadną jej zasługą. I tylko czasami robiło jej się na chwilę gorzko, bardzo gorzko gdzieś w głębi duszy. Miała przecież nieco więcej zalet.

W końcu zrozumiała, że niewielu osobom zależało na tym, aby ich szukać. Tak było wygodniej – jeśli ktoś chciał być dla niej miły, a nie bardzo wiedział, co może powiedzieć brzydkiej, niezgrabnej, nieciekawej kobiecie, sięgał po pierwsze lepsze koło ratunkowe, które pojawiało się na horyzoncie. Miała przy tym wyjątkowego pecha: nie była na tyle głupia, by nie dostrzegać tego powtarzającego się uparcie mechanizmu.

Widziała i wiedziała znacznie więcej. Uczyła się rozpoznawać, dla kogo jest tylko owym głosem: tłem muzycznym, którego nie trzeba słuchać i rozumieć; muzyką w windzie, przyjemnie brzmiącą, ale docierającą zaledwie do uszu, nie do serca. Albo pretekstem do wyjścia na piwo – nie po to, żeby pogadać, tylko żeby w jej jakże bezpiecznym, niewymagającym i tylko nieco zawiedzionym towarzystwie ów ktoś mógł się zająć na przykład podrywaniem najnowszego obiektu swoich westchnień. Nie przyznawała się do tego. Ale widziała i wiedziała, co się dzieje.

Czy to aż tak dziwne, że – odrzucana jak Echo, najsłynniejsza z oread – zaczęła powoli znikać?

Po co być głosem, który nie ma komu opowiadać swoich baśni?

Reklamy