Kiedy kilkanaście lat temu pierwszy raz wybrałam się na próbę Koła Teatralnego ARLEKIN działającego po sąsiedzku, w grodziskim ogólniaku, nie miałam jeszcze pojęcia, że karma wraca.

Zaczynały się wtedy przygotowania do wystawienia pamiętnej „Balladyny”. Role były już wtedy rozdane, co przyjęłam z ulgą: mimo udziału w rozmaitych akademiach, konkursach recytatorskich i – ha! tak, ja! – wieloletniej kariery w szkolnym chórze, wolałam działać w cieniu. Szybko też wciągnął mnie wir przygotowań do premiery – trzeba było zaprojektować plakat (MS Paint okazał się tu niezawodnym sprzymierzeńcem), spisać program teatralny, pomagać przy dekoracjach, zaproszeniach, pracy scenograficznej… W tamtej ekipie nikt nie siedział z założonymi rękami, każdy z nas pracował ciężko, nierzadko do późnego wieczoru, pod czujnym okiem niestrudzonej pani Hani Mańkowskiej. Dobrze się tam czułam – ja, outsiderka z technikum w gronie licealistów. Dobrze mi się pracowało, nawet kiedy po warunkach dostałam rolę diabła w miejskich jasełkach i musiałam na chwilę wyjść z cienia.

Zniknęłam, kiedy się zakochałam; mój ówczesny chłopak był zazdrosny, a ja – cóż, ja byłam po prostu głupia. Szybko zresztą wciągnęły mnie zajęcia w mojej macierzystej szkole. A później – studia i dorosłe życie, w którym teatr z nastoletniej pasji zmienił się w przyjemną, choć kosztowną dość, rozrywkę, dawkowaną regularnie, ale w chaotyczny sposób. Trudno jednak mieszkać 8 lat w Krakowie i nie chodzić do teatrów.

Nigdy jednak nie myślałam, że wrócę do teatralnego świata – nie jako widz, ale jako pracownik. I że 27 marca – Międzynarodowy Dzień Teatru – będzie też moim świętem.

W tym roku obchodziłam je oficjalnie, jako pracownik, po raz piąty, oprowadzając po teatrze wycieczki i starając się nie tylko opowiedzieć gościom naszego dnia otwartego o tym, co zwykle skrywa się za kulisami, lecz również przekazać im choć odrobinę tej fascynacji, która od kilku lat towarzyszy mi w pracy i poza nią. Zarazić ich. I sprawić, żeby chcieli do nas wracać.

Nie wiem, czy się udało – czas pokaże. Ale wiem, że sama odniosłam z tych spotkań korzyść, bo każde usłyszane dziś po wycieczkach „Dziękuję!” ładowało nieco moje wewnętrzne, duchowe baterie. Po długiej zimie pełnej złych myśli  i gorzkiej samotności było mi to bardzo potrzebne. I tym cenniejsze, że owo magiczne słowo – podobnie jak pochwały – osoby takie jak ja słyszą stosunkowo rzadko.

Myślę, że czas to napisać: moja praca w teatrze nie jest widowiskowa. Nie jestem z tych, którym dziękuje się na bankietach czy podczas oficjalnych zebrań. 😉 Układam repertuary, plany tygodniowe, dbam o przekaz informacji i o korektę tekstów, planuję noclegi, czasami coś piszę, czasami wyświetlam napisy podczas przedstawień. Nic, co rzucałoby się w oczy. To jak z krawcem – dobry rzemieślnik szyje tak, że nie widać szwów, wystających nitek, no – podszewki po prostu. I mojej pracy też nie widać, jeśli jest dobrze wykonana. Po prostu wtedy wszystko idzie zgodnie z wywieszanym na tablicach planem. Za każdą płachtą papieru kryje się jednak wiele godzin przygotowań, kombinacji, tabel, macierzy, przymiarek, negocjacji i rozmów, błędów i myślenia o tym, jak najlepiej je naprawić. Za każdym skorygowanym tekstem – najlepsza wola, by wyczyścić go z błędów, zachowując przy tym styl i myśl autora.

Zwyczajne „Dziękuję!” jest więc dla mnie zawsze wydarzeniem. Usłyszane dziś – liczy się podwójnie. A wypowiedziane – potrójnie. I dlatego sama chcę dziś PODZIĘKOWAĆ:

  • tym, którzy sprawiają, że chce mi się pracować, choć niekiedy bywa ciężko, niewdzięcznie i męcząco;
  • tym, z którymi mogę kraść konie (o ile to nie dekoracje do nowego spektaklu, oczywiście);
  • tym, którzy w teatralnym świecie wolą działać niż gadać;
  • a nade wszystko tym, których nie widać ani nie słychać na co dzień, a bez których teatr nie mógłby funkcjonować. Dobrze, że jesteście. Dobrze, że Was spotkałam.

Aktorzy, twórcy, pracownicy działów technicznych, administracji, a także przedstawiciele wszelakich innych okołoteatralnych profesji: DZIĘKUJĘ. I życzę – Wam i sobie – byśmy zawsze znajdowali w teatrze powody do radości, refleksji oraz dumy. Raz mniejsze, raz większe – byle zawsze. Dla nich warto przecież pracować. To one dają nam skrzydła.

Reklamy