„Jakim nietoperzem jesteś?” – to pytanie za pośrednictwem wirtualnego testu zadał mi dziś rano na FB jeden ze znajomych (od dziś znany jako acerodon grzywiasty z Filipin).

Przeklikałam się przez listę pytań, licząc, że mój wynik okaże się równie imponujący.

Okazał się. Jestem wampirem. Liścionosowatym. Nie wiem tylko, czy zwyczajnym (Desmodus rotundus), czy jego – jakimś cudem uchowaną do dziś – wymarłą wersją (Desmodus draculae). 😉 Czasem przecież czuję się jak relikt przeszłości…

Okazał się też wróżebny. Kilkadziesiąt minut później miałam okazję przypomnieć sobie o mojej wampirzej naturze, robiąc mamie zastrzyk przeciwzakrzepowy (przed nią seria 30 takich przyjemności). Kły czy igła, whatever… Byle ofiara nie uciekła.

Nie przepadam za takimi czynnościami, więc do pierwszego wkłucia przygotowywałam się długo i starannie – łącznie z dosunięciem sobie do stanowiska bojowego wygodnego krzesła, żeby przypadkiem nie stracić równowagi podczas iniekcji. Waciki, spirytus, ampułka z igłą gotowa do użycia – w końcu skończyły mi się wymówki, więc trzeba było się wziąć do roboty.

Mama zaległa na kanapie i… w tej samej chwili u jej boku znalazła się Aksa. Pies-przytulanka. Pies-nie-do-odklejenia. Pies-nie-przestawaj-głaskać-bo-będzie-mi-przykro-przecież. No i pies-zdecydowanie-nie-zdezynfekowany. Ale łagodny. Jak owieczka. Yyy, znaczy – owczarek. Którym mniej więcej jest.

Próby przesunięcia obiektu spełzły na niczym. Nic nie dało odciąganie bestii od kanapy za pomocą smakołyków. Ani wezwanie na spacer- choć zwykle na głos taty i odpowiednie hasło Aksińśka reaguje z prędkością światła.

W końcu staruszek postanowił zadziałać bardziej bezpośrednio, łapiąc za Aksowe szelki. I się zaczęło… Najpierw bestia zawarczała – później kłapnęła zębami – później się rozszczekała – aż wreszcie wskoczyła na kanapę (jakimś cudem omijając mamową nogę, która wciąż boli jak cholera), zaległa obok mamy i nie dała się odciągnąć.

Zastrzyk w powłokę brzuszną przednio-boczną (czy jakoś tak…) zrobiłam więc w pełni profesjonalnie i według załączonej instrukcji – z Aksą-instrumentariuszką u boku.

Wnioski po tym poranku mam trzy.

Po pierwsze – zawsze myślałam o sobie jako o nieco łagodniejszej odmianie nietoperza. A tu proszę – wampir. 😉

Po drugie – choć nigdy, nawet w dzieciństwie, nie marzyłam o byciu lekarzem, robienie zastrzyków wcale nie plasuje się wysoko na mojej osobistej liście czynności, których nie znoszę.

Po trzecie – w pewnych okolicznościach nawet najbardziej przyjazny, ciapowaty i przylepiasty pies na świecie zmienia się w bestię obronną.

Telewizja miewa rację. Rzeczywistość zaskakuje.

Reklamy