Dorobiłam się chyba wroga. I to nie byle gdzie, bo w MPK.

A jest to nie lada sztuka, bo na co dzień należę raczej do ludzi, o których pamięta się tylko wtedy, kiedy się od nich czegoś potrzebuje. Niewiele jest osób, które mnie nienawidzą, niewiele takich, które uwielbiają – a pomiędzy nimi zieje spora dziura wypełniona po prostu powietrzem. Choć pocieszam się, że bywają gorsze niż powietrze „wypełniacze”.

Dziś jednak pierwszą z wymienionych grup wzmocnił nie byle kto: sam pan motorniczy z tramwaju linii nr 9, do którego wsiadłam rano, wracając ze szpitala od zoperowanej w końcu (po niemal 3 dobach czekania) mamy.

Gwoli wyjaśnienia: w tramwajach, autobusach i pociągach stosuję zazwyczaj taktykę „nadrabiania zaległości czytelniczych” – wsiadam, namierzam wolne miejsce siedzące lub jakiś w miarę wygodny kąt ułatwiający zachowanie równowagi i zanurzam się w kolejnej książce. Miewam przy tym momenty, w których nie bardzo wiem, co się dookoła dzieje – dopóki nie wyrwie mnie z zamyślenia jakiś silny bodziec.

Dziś tym bodźcem okazał się krzyk. Tramwaj stał akurat na drugim lub trzecim przystanku licząc od szpitala. A krzyk wydobywał się z gardła starszego pana, który najwyraźniej nie zdążył wejść do środka (wagony starego typu – te obłe, ogórkopodobne – mają dość strome schodki) i zakleszczył się w drzwiach, zbyt szybko zamkniętych przez motorniczego.

Motorniczy musiał słyszeć ten krzyk, musiał też wiedzieć, o co chodzi, no bo do kogo innego można krzyczeć w niemal pustym tramwaju „Proszę otworzyć!”? Ale olał sprawę. Siedziałam blisko feralnego wejścia, więc – skoro jaśnie pan motorniczy nie raczył ruszyć tyłka – ruszyłam go ja i jakoś udało mi się odsunąć jedno skrzydło na tyle, by uwolnić nieszczęsnego więźnia. Bądźmy szczerzy – nie był to wyczyn wymagający jakiegoś wielkiego wysiłku nawet ze strony takiej ofermy jak ja. 🙂

Najwyraźniej jednak drzwiom nie spodobała się moja ingerencja, bo nie raczyły się zamknąć. I nagle okazało się, że motorniczy jednak potrafi się ruszyć ze swojej kabiny. Ba, kiedy doszedł do szwankującego wejścia, okazało się też, że potrafi wrzeszczeć.  Nie na drzwi. Na starszego pana, który po prostu chciał wejść do środka, kiedy tramwaj zatrzymał się na przystanku.

Ja jestem na co dzień raczej spokojną osobą. Staram się nie wdawać w awantury. Raczej obserwuję z dystansu, niż włączam się w akcje, marsze, strajki w obronie i tego typu akcje. Do czasu. Bo kiedy obok dzieje się coś, co przekracza w moim odczuciu granice przyzwoitości, gdzieś w mojej głowie przełącza się mały pstryczek. I jak w czajniku – gotuje mi się w głowie.

Kiedy więc motorniczy zaczął się wydzierać na siedzącego obok staruszka, najzwyczajniej w świecie pstryknęło mi w głowie. I najpierw grzecznie zapytałam, jakim prawem krzyczy na kogoś, komu w zasadzie sam o mało nie zrobił krzywdy. I czy nie uczono go, że jako pracownika MPK obowiązują go pewne zasady. W tym uprzejmość wobec pasażerów. Ale typ krzyczał dalej. No to i ja podniosłam głos (ćwiczenia z emisji i doświadczenie w oprowadzaniu wycieczek na coś się w końcu przydały). I już cały tramwaj (no dobra, 7-8 osób w środku,gwoli ścisłości) usłyszał (w skrócie), że ktoś, kto jest tak absolutnie pozbawiony kultury, że o zwykłej empatii nie wspomnę, powinien się zastanowić nad zmianą pracy. I że nie ma prawa wydzierać się na ludzi, których jedyną winą jest to, że wsiedli do tramwaju prowadzonego przez totalnego chama i prostaka.

Trudno mnie przegadać, kiedy się wkurzę, więc wygrałam to starcie w cuglach. Starszy pan podziękował, a motorniczy odwrócił się na pięcie i odmaszerował do kabiny. Nie na długo – po chwili musiał podejść do nas raz jeszcze, bo drzwi nadal nie chciały się zamknąć, ale już nic nie powiedział, choć przyglądałam mu się – przyznaję – dość bezczelnie. Spróbowałby tylko dodać coś jeszcze… choć wiem, że w duchu marzył już pewnie, żebym nieopatrznie wlazła na szyny. Nie dałam mu tej satysfakcji.

Nie o satysfakcję i nie o zgrywanie bohaterki idzie mi jednak w tym wpisie. Chcę napisać, że mało co wkurza mnie bardziej niż wykorzystywanie przez ludzi ich pozycji, by móc się pastwić nad słabszymi. W tramwaju ewidentnie wina leżała po stronie motorniczego – nie spojrzał, czy wszyscy już wsiedli, a mimo to zamknął drzwi, ignorując prośby o pomoc, które musiał słyszeć. Wydzieranie się na emeryta, który przed chwilą przeżył spory stres, a zapewne także trochę bólu, nie należy do chwalebnych czynów. Tak trudno to zrozumieć? Do tej samej kategorii należy babsztyl w izbie przyjęć planowych, który bez mrugnięcia okiem wpuszcza do kolejki znajomą lekarkę, ignorując kilka osób pokornie czekających od dłuższego czasu na wpisanie do systemu; i psychopata, który wymusza na drodze pierwszeństwo, balansując na granicy zderzenia czołowego – bo przecież on, król szos, spieszy się bardziej niż inni; i każdy, kto krzywdzi ludzi tylko dlatego, że może; i każdy, kto z tego samego powodu krzywdzi zwierzęta.

Mam alergię na takich ludzi. Mam alergię na łamanie zasad porządku społecznego. I mam alergię na ludzi, którzy – zamiast zachować się po prostu przyzwoicie – wolą udawać, że nie widzą problemu, byle dojechać do celu bez brudzenia sobie rąk, choćby i metaforycznego.

Bardzo możliwe, że ten nieszczęsny prztyczek w głowie czyni mnie znakomitą kandydatką na samobójczynię. Bo pewnie kiedyś mi się za takie podejście mocno oberwie. Ale czy to wystarczający powód, żeby milczeć, kiedy obok komuś dzieje się krzywda?

Naiwna jestem, wiem. Ale może jednak przeżyję. Muszę tylko pamiętać, by ostrożnie przechodzić przez ulice, po których grasuje tramwaj linii nr 9.

Reklamy