Nie znoszę szpitali.

Być może dlatego, że nieczęsto bywam w nich w charakterze pacjentki – poza dość oczywistą pierwszą wizytą w związku z moim przyjściem na świat, kilkoma zabiegami, niewymagającymi jednak pobytu przekraczającego kilka godzin, i trochę dłuższą listą odwiedzin w związku z rozmaitymi urazami, wynikającymi z bolesnych zderzeń z rzeczywistością, jakie raz po raz zaliczam.

Nie było jak się oswoić. A po dzisiejszych przygodach na Lutyckiej tym bardziej nie zapałam miłością do tych przybytków, ze szczególnym uwzględnieniem poznańskiego szpitala wojewódzkiego.

Pół roku temu moja mama dostała skierowanie na operację stopy. Haluks – banał, choć bolesny. Termin operacji wyznaczono na jutro, polecając rodzicielce, by stawiła się dzień wcześniej – na badania i inne tego typu przyjemności. No, ale przecież samej lepiej jej nie puszczać, jeszcze zwieje albo w ostatniej chwili się rozmyśli. Ojciec omija szpitale z daleka, siostra przyleci dopiero na początku grudnia, żeby trochę podyżurować przy rekonwalescentce, wyszło więc na to, że sama powinnam pobawić się w cerbera i dostarczyć mamuśkę pod odpowiedni adres, czy jej się to podoba, czy nie.

Moja misja zaczęła się dziś o 4 rano – brak samochodu w takich sytuacjach daje się we znaki. Zapisy u siostry oddziałowej trwają od 8.00 do 8.30. Żeby się wstrzelić w to okienko, musiałyśmy zdążyć na pociąg o 6.21, który w Poznaniu zjawia się ok. 7.20. Spałam trzy godziny – i już sam ten fakt powinien być dla mnie znakiem, że dzień okaże się koszmarem. No, ale – półprzytomna ze zmęczenia – przegapiłam znak.

I dostałam za swoje. O ile bowiem do samego szpitala dotarłyśmy bez przeszkód, o tyle w środku czekała nas nie lada przeprawa.

Zaczęło się niewinnie – po kwadransie oczekiwania siostra oddziałowa zarejestrowała mamę i wręczyła jej skierowanie na EKG, polecając przy okazji udać się do rejestracji przyjęć planowych i przebieralni. Żadnego przydzielania łóżka, żadnej możliwości zostawienia gdzieś torby, kul, kurtki itd. W rejestracji – opryskliwy relikt PRL w osobie starszej pani, która, ignorując kolejkę, pozwoliła wepchnąć się przed nas swojej znajomej, a na moją uwagę (moją, bo mama w takich sytuacjach absolutnie odpuszcza i wycofuje się do swojej duchowej skorupki, byle jej nikt nic nie mówił), że to nie w porządku, w absolutnie chamski sposób zaczęła się drzeć, że to jest pani doktor i musi mieć jakieś przywileje, więc „niech siada i czeka”. Oj, gdyby nie fakt, że moja mama nie znosi takich sytuacji, ucięłabym sobie z babsztylem pogawędkę, ale odłożyłam to na jutro.

Uwaga poboczna – w regulaminie szpitala nie ma ani słowa na temat przyjmowania poza kolejnością lekarzy (mają ten przywilej honorowi dawcy krwi, weterani itd.) i zamierzam jeszcze o to podopytywać, choćbym miała dręczyć samego dyrektora tej placówki.

Rundę z EKG i przebieralnią (w starym korytarzu w przyziemiu, godnym utrwalenia w horrorze klasy „Z”) zaliczyłyśmy w bagatelka – 40 minut. Wróciłyśmy triumfalnie – mama w pidżamie, klapkach i szlafroku, ja objuczona tobołkami – do siostry oddziałowej, pewne, że będziemy mogły w końcu pozbyć się balastu. Naiwność. Od razu otrzymałyśmy kolejną misję, tym razem skrywającą się pod hasłami „laboratorium” i „anestezjolog”.

Czy wspominałam już, że każda z wymienionych do tej pory destynacji znajduje się w innej części kompleksu szpitalnego? Ach, zapomniałam? Taki niuans.

Runda laboratoryjna zajęła 1,5 godziny. Pierwszy raz w życiu byłam świadkiem tego, jak ogonek do badania przesuwa się szybciej niż ten do rejestracji. Kojarzycie „Zwierzogród” i słynną scenę z leniwcami w urzędzie? No, to jeden z leniwców, odwiedzając po drodze fryzjera w celu wykonania trwałej ondulacji (taka zmyłka), przywędrował na Juraszów i siedzi w rejestracji, skutecznie spowalniając to, co i bez jego pomocy sporo trwało.

Dodatkowe punkty należą się temu stworzeniu za uparte twierdzenie, że skierowanie mamy zaginęło i trzeba poczekać, aż dojdzie, przy jednoczesnych zapewnieniach w stylu „zawołam panią, jak tylko pojawi się pani karteczka”. Przez około 30 minut oczekiwania pytałyśmy o ową zgubę z pięć razy. Dopiero za szóstym leniwiec spojrzał uważniej na stos skierowań, który leżał przy nim od początku i odkrył, że jednak na jednej z karteluszek figuruje nasze nazwisko… Dobrze chociaż, że pani anestezjolog (godzina czekania, bo zdążył się przy jej gabinecie utworzyć spory ogonek z tych, których skierowania nie zginęły w tajemniczy sposób…) przeprowadziła wnikliwy wywiad.

Tym razem nie triumfowałyśmy przedwcześnie. I słusznie. Przeczłapawszy z powrotem na oddział ortopedyczny, mama nieśmiało wsunęła głowę do gabinetu siostry oddziałowej i od razu usłyszała, że: a) siostra martwiła się o nią, bo tyle czasu jej nie było (żart?), b) już prawie wszystko mamy, c) brakuje jeszcze tylko RTG.

Rundka RTG (tobołki, kule, dokumentacja, szukanie odpowiedniego korytarza…) zajęła już tylko 20 minut. No dobra, przyznaję, z przerwą na siku. Dopiero wtedy udało nam się uzyskać informację, w którym pokoju będę w najbliższym czasie odwiedzać moją staruszkę, dotrzeć do miejsca przeznaczenia, zapoznać z towarzystwem (wesołe – na szczęście 🙂 ), dowiedzieć się, że zupa już była (oj, peszek… zwłaszcza dla kogoś, kto od 4 rano gania na czczo), ale zaraz będzie drugie, więc mamy szczęście, poukładać mamowe zabawki i fatałaszki w szafce i… odetchnąć. Na moment, bo musiałam przecież w końcu pójść do pracy.

4,5 godziny. Tyle zajęła nam w sumie walka o to łóżko w kącie 5-osobowej sali i chwilę spokoju.

Może ja się nie znam. Może mam szczęście, że ten tryb działania nie stanowi dla mnie rutyny, bo nieczęsto bywam czyjąkolwiek pacjentką. Nie przestaje mnie jednak zastanawiać, czy tak to właśnie powinno wyglądać?

Nie zrozumcie mnie źle. Siostry na oddziale ortopedycznym są przesympatyczne. Lekarze – podobno w porządku (zobaczymy, co będzie jutro). Dwie okropne baby za biurkami tu i tam – to też pikuś, po prostu mają parszywe charaktery. Ale trochę niepokoi mnie SYSTEM. Ten system, który w XXI wieku każe choremu ganiać po całym budynku, żeby zrobić potrzebne badania. System, który nie wyrabia i zatyka się co chwilę. System, w którym wciąż liczą się bardziej prywatne znajomości, niż los ludzi, którzy już swoje odstali i postoją dalej, bo „2 minuty nikogo nie zbawią”, a „lekarz musi mieć jakieś przywileje przecież”.

Coś w tym szpitalu jest bardzo źle pomyślane. I choć wielu ludzi nadrabia życzliwością, poprawiając nieco ten wizerunek (po trzech minutach rozmowy już wiem, że siostry w dyżurce to świetne babki), to jednak gdzieś w tle, gdzieś nad głowami pacjentów i personelu wciąż czai się cień PRL, cień fatalnej organizacji i pogardy dla zwykłego człowieka, który trafia w ten młyn, nierzadko nie mając szansy na kosztowną alternatywę, jaką stanowi prywatna klinika.

Gorzka to wiedza. I fakt, że zdobywałam ją dziś tylko jako strażniczka rodzonej matki, wcale tej goryczy nie zmniejsza.

 

P.S. Trzymajcie jutro około południa kciuki za moją mamuśkę! I za mnie, żebym mogła ją stamtąd jak najszybciej wydobyć. Najbliższe tygodnie będą dla nas obu diabelnie trudne.

P.P.S. Wiem, że napisałam to strasznie chaotycznie, ale musiałam tych kilka myśli – bez oglądania się na kwestie stylistyczne – po prostu wyrzucić z głowy. Już i tak jest w niej chaos.

Reklamy