Nietoperzowa żałoba po rozrządzie to nie zagwozdka ortograficzna; to stan, który trwał u mnie mniej więcej miesiąc i, oczywiście, dotyczył nie tylko silnika, ale też całej reszty nieodżałowanej Myszy. Oficjalne zakończenie nastąpiło w sobotę – sprzedałam auto na złom. W poniedziałek w starostwie odebrałam jego akt zgonu, załatwiłam formalności z ubezpieczycielem i – już oficjalnie – dołączyłam do grona niezmotoryzowanych obywateli. Pewnie trochę to jeszcze potrwa, bo szukanie nowego samochodu (ekhmm, nowego z nazwy – stać mnie wyłącznie na coś pełnoletniego, a panicznie wręcz boję się kredytów…) idzie mi wyjątkowo opornie.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przez kilka tygodni poruszania się na piechotę i/lub środkami komunikacji publicznej miałam czas na stworzenie krótkiej, ale pocieszającej listy zalet tego stanu rzeczy. Niniejszym notuję ją tutaj- na pamiątkę, na pociechę i na później (w razie, gdyby jednak z opóźnieniem dopadła mnie depresja po stracie czterech kółek).

Oto rzeczy, których nie zrobiłabym, nie odkryłabym lub nie przypomniałabym sobie, gdybym nadal poruszała się po świecie samochodem.

1. Odnalezienie najładniejszego drzewa w całym fyrtlu. Rośnie tuż przy Rondzie Jana Nowaka-Jeziorańskiego i przepięknie, stopniowo jesiennieje. Patrzenie na nie codziennie, mimo świadomości, że jego przemiany zapowiadają nieuchronne nadejście zimy, to przyjemność.

drzewozycia

2. Niespieszne robienie zdjęć. Fakt, artystka ze mnie żadna, ale lubię korzystać z ukrytego w moim telefonie aparatu i utrwalać to, co mnie zaciekawia. Bez konieczności nieustannego skupiania się na prowadzeniu auta mogę się rozglądać częściej i uważniej.

3. Czytanie. W tramwaju. W autobusie. W pociągu. Na przystanku. Na stacji. W budce, która teoretycznie ma chronić przed deszczem i wiatrem, a w praktyce chroni tylko przed światłem. W kałuży po kostki (nie zauważyłam). W pośpiechu. W cieniu. W świetle citylightu. W amoku. Wszędzie. 🙂

4. Zbieranie okruchów tęczy. Bo zza kierownicy trudniej jest patrzeć w niebo.

tecza

5. Zbieranie głosów. Największy z moich fetyszy – ładne głosy. Męskie. Nie, nie słyszę ich w głowie. Lubię za to wsłuchiwać się w nie w tramwajach, na przystankach, na ulicach i mam teraz znacznie więcej okazji, by się tym niecnym procederem trudnić. Nieważne, czy taki głos wygaduje głupoty, omawia przykre skutki ostatniej suto zakrapianej imprezy, czy też prezentuje najnowsze odkrycia badaczy aktywności wulkanicznej w parku Yellowstone. Jako fetyszystka w tym wypadku skupiam się na brzmieniu, nie na treściach. 😉 Zatem: właściciele ładnych, głębokich, pięknie brzmiących głosów, zapraszam do tramwaju nr 15!

6. Podglądanie. Bo głosy to nie wszystko. Zaglądam ludziom w okna, oglądam domy, płoty, podwórka i bramy. Łypię okiem, zapamiętuję, rozkładam na czynniki pierwsze urokliwe wille Starego Grunwaldu, zapomniane poznańskie zaułki, które odkrywam, zbaczając czasami z utartej ścieżki „praca-mieszkanie-praca”, grodziskie domy i domki, które wcześniej migały mi tylko za oknem samochodu. Gdyby nie zamiana 4 kółek na dwie nogi, nie miałabym czasu, by dostrzegać choćby takie cuda, jak ta grodziska rezydencja na obrzeżach miasta…

domkoszmarek

7. Ludzie. Odkąd mieszkam w Poznaniu, dziczeję. Mieszkam sama, spaceruję sama, sama chodzę do kina (jeśli znajdę w sobie tyle motywacji, by ruszyć tyłek). Odzwyczajam się coraz bardziej od interakcji poza pracą (którą kocham, ale też dawkuję sobie tak, by jednak nie zajmowała mi CAŁEGO życia). Tak wyszło.

Wiem, od dawna wiem, że poruszanie się w blaszanej puszce, jaką jest samochód, też sprzyja odcinaniu się od świata. A wydobycie się z niej – nawet wymuszone zgonem auta – przynosi wiele zaskoczeń. Pisałam już o szaliku. Ale kilka dni temu zaliczyłam kolejną niespodziewaną interakcję.

Zaczęło się od tego, że wyszłam z pracy ciut wcześniej, by zająć się pisaniem kilku ważnych rzeczy w zaciszu mieszkania. Szybkie zakupy, szybki marsz na przystanek… tylko tramwaj nie wpasował się w to tempo i zapowiedział swój przyjazd dopiero za 12 minut. Na ramieniu ciążyły mi sprawunki, a jeszcze bardziej – Krótka historia prawie wszystkiego Billa Brysona, którą znakomicie czyta mi się w tramwaju i taszczę ją ze sobą, mimo sporych rozmiarów oraz twardej okładki, codziennie. Zasiadłam na ławce pod przystankową wiatą, wydobyłam wściekle żółte książczysko z czeluści torby i…

– A czy pani wie, że ja pobieram opłaty za przysiadanie się na tę ławkę?

Spojrzałam w prawo. Staruszek. Granatowa czapka na czubku głowy, szalik w kratkę zawiązany dość nonszalancko, bura kurtka, lekko wypłowiałe oczy. Uśmiech.

Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam, że wobec tego mam nadzieję, że wystawia faktury z odroczonym terminem płatności. Wypowiadając te słowa, nie miałam pojęcia, że nie będzie mi dane kontynuowanie lektury.

Okazało się, że mój ławkowy sąsiad tylko czeka na odpowiedź, by zacząć czarować. Żarciki, fragmenty oper, wypytywanie o książkę, wykształcenie, zapatrywania na świat prędko doprowadziły nas do odkrycia, że nie tylko oboje czekamy na 15-stkę, ale też – jesteśmy… polonistami!

Rozmawialiśmy w sumie jakieś 20 minut. Prawie przegapiłam swój przystanek. Dowiedziałam się za to mnóstwo o Żeromskim, o profesorach poznańskiej polonistyki, o Pawle Jasienicy, którego pamiętniki mój rozmówca przewoził kiedyś podobno z jakichś mazurskich ostępów do Krakowa, o jego żonie, poznanej i poderwanej bardzo skutecznie podczas wspinaczki na Giewont.

Zapomniałam o ciężkiej torbie z zakupami. O historii odkryć chemicznych, którą akurat kusił mnie Bryson. O jesiennych smutkach, samotności, zdziczeniu. Tak dobrze było porozmawiać z obcym, ale życzliwym człowiekiem, który okazał się… no właśnie. Kim? Po prostu bliźnim? Bratnią polonistyczną duszą? Wyjątkowo gadatliwym Aniołem Stróżem?

* * *

Muszę o tym pamiętać, kiedy znów dotkliwie odczuję brak czterech kółek.
A może z czasem uzupełnię tę listę o kolejne plusy?

Reklamy