Zachciało się nietoperzowi ogniska domowego.

Zachciało się czegoś więcej, niż kącik w bloku, ogrzewany wg wskazań administracji osiedlowej, w ściśle wyznaczonych terminach. A niekiedy – z przerwami, bo Veolii zachciało się z kolei remontu w okolicy i na jakiś czas ogrzewanie zniknęło. Tak. W październiku.

Traf chciał, że moim rodzicom zachciało się wyjechać w ten weekend nad morze, więc ognisko domowe – to prawdziwe, choć nowoczesne, bo w postaci pieca opalanego węglem i drewnem – dostało mi się w pakiecie z pustym domem i opieką nad Aksą, która za jeżdżeniem gdziekolwiek nie przepada. Ponieważ jednak moją ulubioną boginią już w czasach głęboko podstawówkowych (Parandowski i Markowska do dziś plasują się wysoko na liście moich ulubionych zbieraczy mitów) była Hestia – poczciwa, spokojna, niewywołująca burd jak inni bogowie przedstawicielka Olimpu – uznałam, że będzie to doskonały moment, by wczuć się w jej rolę.

Czym innym są jednak romantyczne mrzonki o ogniu, a czym innym – brutalna rzeczywistość w domu zbudowanym w sposób co najmniej nietypowy. Kiedy moi dziadkowie kilkadziesiąt lat temu zaczęli stawiać naszą rodową posiadłość w niepowtarzalnym stylu peerelowskiego klocka, nie wpadli bowiem na to, że piwnica znajduje się zbyt głęboko. W efekcie po kilku latach i pierwszej wyjątkowo mokrej wiośnie konieczne okazało się zalanie podłogi piwnicznej betonem, by ją nieco podwyższyć i zapobiec w ten sposób tworzeniu się podziemnych, udomowionych jezior.

Jeziora zniknęły, ale wraz z nimi ulotnił się piwniczny komfort, bo nagle okazało się, że sufit, który wcześniej znajdował się na wysokości mniej więcej 190 cm, nagle obniżył się… o 1/6.

Niby nic. Ale ja jednak mam 183 cm wzrostu.

I lekką klaustrofobię.

Lekką, ale jednak odrobinę dającą się we znaki. Zwłaszcza, kiedy po krótkim instruktażu (moi rodzice przez lata wypracowali skomplikowany system – ba, wręcz rytuał – układania rozpałki, drewna, węgla, podpalania, zapewniania tzw. cugu i innych takich tam atrakcji) musiałam zająć się rozpaleniem w tym parszywym piecu po raz pierwszy i nie szło mi to tak sprawnie, jak powinno.

Do tej pory zaliczyłam w związku z tym:

  • 3 wizyty w piwnicy,
  • jakieś 5 guzów – bo cały czas zapominam, żeby nie prostować się gwałtownie przy byle okazji,
  • solidną porcję popiołu w drogach oddechowych (po próbie rozdmuchania żaru – jak w ognisku – dzieci, nie róbcie tego w domu),
  • gustowny, choć nieco awangardowy makijaż wykonany z użyciem odrobiny węgla brunatnego i własnego roztargnienia,
  • spotkanie oko w oko (oczy…) ze sporym pająkiem z gatunku tych włochatych – który to pająk śmignął na mój widok po ścianie (zasługa makijażu?) w nieznanym kierunku i teraz pewnie planuje odwet,
  • no i dwukrotne wygaśnięcie wspomnianego ogniska domowego. Grożenie pogrzebaczem, seria przekleństw i wchłonięcie jeszcze odrobiny popiołu nie pomogło.

Aha, chyba rozcięłam też sobie odrobinkę skórę na głowie. Na szczęście pod włosami.

Przede mną – już za chwilę – kolejna runda walki o ognisko domowe. Hestia ze mnie marna, to już wiem. Mimo wszystko zejdę tam, stanę oko w oko z ośmionogim potworem, spróbuję się nie zabić o sufit (nagroda Darwina jest w zasięgu ręki, czuję to…), zrobię co trzeba i podsycę ten cholerny ogień, żeby mi pies (pies, nie piec!) nie zamarzł.

Gdybym nie przetrwała tej próby charakteru, chcę Wam tu zostawić krótkie przesłanie, do cytowania jako moje ostatnie słowa: BOGINIE POWINNY BYĆ NISKIE. Pamiętajcie o tym. Zwłaszcza w piwnicach.

Reklamy