W XXI wieku nie ma już kobiet.

Fakt, nadal istnieją na świecie twory przypominające niewiasty pod względem fizycznym, to jednak tylko pozory. Cechy płciowe nie decydują wszak o wszystkim, a zdolność do rodzenia dzieci to tylko zabawka w rękach polityków, którzy o kwestiach prawa/obowiązku użytkowania macicy chcą decydować ustawowo.

Ale kobiet – nie ma.

W ich ciałach ukrywają się (po)twory.

Ogarnięte manią idealnego wyglądu, ogłupiane przez internetowe tutoriale – od prawidłowego nakładania podkładu i różu za pomocą łyżki do zupy po tysiąc fryzur na każdą okazję – zdeterminowane do bycia naj w każdej możliwej dziedzinie.

Nie gotują – tworzą sztukę na użytek instagramów, fejsbuków i twitterów.

Nie ubierają się – komponują outfity na swoje blogi.

Nie używają kosmetyków – robią akcję „denko”, obwieszczają światu „miesiąc pielęgnacji nosa”, który płynnie przechodzi później w „tydzień depilacji łokcia” etc.

Nie pracują – pną się po szczeblach kariery, zmuszone do bycia dwa razy bardziej ostrymi, dwa razy bardziej wydajnymi, dwa razy bardziej bezwzględnymi od mężczyzn – za tę samą lub niższą płacę.

Nie rodzą dzieci – tworzą idealne obiekty do testowania kaszek, wózków, odżywek, ciuszków i do opisywania oraz obfotografowywania efektów owych testów. Urbi et orbi, oczywiście, a nie do rodzinnego albumu.

A w dodatku majsterkują, naprawiają, ogarniają – w zastępstwie za mężczyzn, których… też już nie ma. Bo zastąpili ich drwale i hipsterzy, jedni i drudzy bardziej skupieni na idealnej stylizacji brody/grzywki/włosów na klacie niż na jakichkolwiek innych zajęciach.

Lasciate ogni speranza i… witajcie w XXI wieku. 😉

P.S. Ten tekst popełniłam kilka miesięcy temu. Przypomniał mi się dziś podczas corocznego wyścigu z łopatami*, jaki urządzamy sobie z ojcem przy okazji zakupu zapasu węgla brunatnego. Bo ktoś przecież musi władować go do piwnicy. I tego ktosia zanadto bolą teraz ramiona, by napisać coś nowego. 😉

* Choć, gwoli ścisłości, wypadałoby to osprzętowanie nazwać szuflą. 🙂

Reklamy