Jestem próżna.

Uwielbiam być dobra, szlachetna, wspaniałomyślna i zawsze ponad to. Z poczuciem moralnej wyższości przechodzę do porządku dziennego nad marnościami tego świata, staram się szybko zapominać urazy, miłować bliźniego (a przynajmniej – nie nienawidzić) i tak dalej, i tak dalej…

Dziś jednak nie mogłam odmówić sobie pewnej drobnej satysfakcji.
No, dobrze, nawet całkiem sporej.

A wszystko dzięki UOKiK, który właśnie nakazał INEI, by zwróciła swoim klientom bezprawnie naliczone opłaty. Piszą o tym Onet.pl oraz „Głos Wielkopolski„.

Padłam ofiarą tych parszywych praktyk dwa lata temu, kiedy jeszcze byłam ich klientką (w mojej dzielnicy, niestety, nie było wówczas zbyt dużego wyboru). Mniejsza o żenującą prędkość łącza. Mniejsza o ciągłe awarie i wciąż zajętą infolinię. Mniejsza o topornie funkcjonującą stronę BOK. Ni stąd, ni zowąd w okolicach sierpnia rachunki za Internet wzrosły o 5 złotych. Kwota niewielka, owszem, ale przecież nie tylko o pieniądze mi szło. Solidnie wkurzona brakiem jakichkolwiek informacji ( zaczęłam swoją mikro-wojnę z oszustami, którzy (w skrócie:) najpierw usiłowali mi wmówić, że wysłali powiadomienie dwukrotnie, ale w obu wypadkach zaginęło (sic!), później wycofali się rakiem, twierdząc, że mieli prawo do wprowadzenia zmian bez informowania mnie o tym i że mam teraz o wiele szybszy Internet, więc w zasadzie powinnam być wdzięczna, a nie grymasić. Ostatecznie zaś – po wielu tygodniach walki z żenująco niekompetentnym BOK-iem oraz zgłoszeniu sprawy do UKE i UOKiK – dostałam informację, że w ramach wyjątku (pfff!) mogę pozostać przy starej wersji umowy i starej (dodajmy – absolutnie wystarczającej do moich niecnych, internetowych celów) prędkości łącza.

Przestałam się później interesować sprawą owych podwyżek, czekając tylko, aż skończy się umowa wiążąca mnie z tą absolutnie pozbawioną szacunku dla klientów firmą. Żeby było zabawniej – kiedy już złożyłam oświadczenie o rezygnacji z usług INEI, nagle okazało się, że mają dla mnie kilkanaście kolejnych ofert za pół, jedną trzecią, a nawet jedną czwartą ceny. Moje – wystosowane na piśmie, telefonicznie i mailowo – oświadczenia, że nie życzę sobie nękania telefonami w tej sprawie, zwłaszcza po godzinie 20.00 (a i o znacznie późniejszej porze konsultanci z działu podtrzymania klienta raczyli się do mnie odzywać), były, rzecz jasna, notorycznie ignorowane.

Dziś moje problemy z nieuczciwym dostawcą Internetu to tylko wspomnienie. Dlatego mogę się uśmiechać (przyznaję: złośliwie), kiedy czytam, że ktoś im wreszcie dał po nosie. Choć kara nie jest dotkliwa, bo w zasadzie wiążę się wyłącznie z koniecznością zwrotu bezprawnie pobranych środków, bez żadnych dodatkowych obciążeń, odczuwam satysfakcję. I nikt mi jej nie odbierze.

Jest tylko jedna rzecz, która mogłaby mnie ucieszyć jeszcze bardziej, pompując balonik Schadenfreude do solidniejszych rozmiarów. Czekam na czas, w którym UOKiK albo inny, specjalnie powołany do tego urząd, zacznie na firmy nakładać kary za żenujący poziom materiałów promocyjnych. Jeśli ktoś z Was miał okazję usłyszeć w którejś z poznańskich stacji radiowych reklamę o kocie, który w Internecie „śpiewał, niestety”, zapewne wie, co mam na myśli.

No, ale to już sprawa dla tych, co są IN. I’m out. I bardzo mnie to raduje.

Reklamy