Wszystko przez ten rozrząd!

Gdyby w ostatnią niedzielę nie umarł mi samochód (a zawsze myślałam, że to ja powinnam się czuć coraz gorzej po kolejnych urodzinach), nie musiałabym się poruszać po Poznaniu, korzystając z komunikacji miejskiej.

Gdybym nie korzystała z komunikacji miejskiej, nie wpadłabym na pomysł, by nie wracać do domu między próbą wznowieniową a wieczornym przedstawieniem, przy którym pracuję, bo mi się to czasowo nie opłaca.

Gdybym nie wpadła na ten pomysł, nie przyszłoby mi też pewnie do głowy, że wolne godziny mogę wykorzystać na wizytę w galerii handlowej i dokonanie zakupu obuwia damskiego typu „baleriny” w jakże szlachetnym rozmiarze 41,5 lub „małe” 42, zanim zachodzę na śmierć aktualną parę.

Gdybym nie zapragnęła nowych butów w tak nietypowym rozmiarze, nie skierowałabym się prawdopodobnie do jedynego miejsca, w którym mogę znaleźć kilka sklepów sieciowych mających je w ofercie.

Gdybym nie zawitała do owego miejsca, wyróżnionego tytułem Makabryły roku 2013, nie przekonałabym się, że trwa właśnie jakiś szalony weekend przecen, promocji i okazji nie z tej ziemi; i że w związku z tym w alejkach galerii handlowej natrafię na prawdziwe tłumy.

No bo… skąd miałam wiedzieć?

Fakt, buty udało mi się kupić w rekordowym tempie. Przy okazji mogłam sobie jednak przypomnieć, że – prócz niedoboru obuwia – doskwiera mi też tłumowstręt.

Odkąd pamiętam, nie znoszę poruszania się w stadzie, nie lubię płynąć z morzem ludzkich głów (zwłaszcza że – ze względu na moje 183 cm wzrostu – moja łepetyna zwykle wstaje), przepychać się w kolejkach, lawirować ludźmi, wózkami, koszykami, ekspozytorami… Męczy mnie hałas, drażnią mnie cudze łokcie, kolana czy torby, którymi zwykle obrywam, duszę się pośród regałów. Nie trzymam tempa. Gubię krok. Psuję szyk.

Nie wiem, czy to zwyczajna fobia, przejaw mojej aspołecznej natury, czy też syndrom WWO, czyli „Wysoko Wrażliwej Osoby”, jak usiłują mi wmówić ostatnio „Charaktery„. Skoro jednak w takich sytuacjach w mojej głowie zapala się czerwona lampa z napisem „Rzuć to wszystko i jedź w Bieszczady”, to coś musi być nie tak, bo do górołazów (nie tylko ze względu na tłumy na szlakach) zdecydowanie nie należę. 😉

Wszystko przez ten rozrząd.

By jednak nie kończyć wpisu zbyt minorowo, dodam, że potraktuję tę moją galeryjną traumę jako trening przed poniedziałkowym strajkiem. Fakt, znam znacznie przyjemniejsze sposoby na wykorzystanie urlopu. Przychodzi jednak moment, że nawet tak zdziczałe stworzenie jak ja musi opuścić bezpieczną kryjówkę, by głośno powiedzieć „NIE” wszystkim tym, którzy usiłują ustawowo zaglądać mu w majtki.

I żaden tłumowstręt mnie nie powstrzyma.

Reklamy