Dość ganiania z gołymi nogami i w lekkich sukienkach! Broniłam się przez całe lato, ale przyszła jesień, postarzyła mnie bezczelnie o rok i zmusiła do kapitulacji, przyodziewając w rajstopy, płaszcze i szaliki. Ba, nawet z cieniutkimi rękawiczkami – dziedzictwem po babci, która uwielbiała takie garderobiane detale – postanowiłam się zawczasu przeprosić; już leżą na toaletce, by w odpowiedniej chwili uzbroić mnie przeciw chłodom…

Trudno mi jednak tak od razu, niemal z dnia na dzień, okiełznać ową górę ciuchów, którą teraz co rano muszę wciągać na grzbiet. Letnie rozluźnienie odzieżowej dyscypliny przynosi opłakane skutki – wciąż zapominam o tym lub owym elemencie przyodziewku, z trudem przychodzi mi pilnowanie paska, który lubi wysuwać się ze szlufek w najmniej odpowiedniej chwili, oczek w rajstopach (czy istnieją jeszcze punkty repasacji w Poznaniu? 😉 ), wciąż usiłującego cichcem uciec ciepłego szalika…

A że Mysza, moja ukochana, pełnoletnia, czterokołowa machina wojenna, właśnie zakończyła swój żywot (przyczyna zgonu: awaria rozrządu), mam też znacznie więcej okazji do publicznego wykazywania się odzieżową nieporadnością – na ulicy, w tramwaju, w pociągu… Zaś zawartość mojej szafy, znudzona zapewne ciągnącym się zbyt długo latem, skwapliwie korzysta z każdej okazji do popisywania się.

Na szczęście od czasu do czasu sprawia mi też miłe niespodzianki. Tak jak dziś.

Po bezpiecznym odholowaniu Myszy pod dom – z wybitną pomocą znającego się na rzeczy kuzyna – musiałam dziś rano wrócić do Poznania pociągiem. Lubię takie przejażdżki, bo dzięki nim mogę w spokoju nadrobić zaległości książkowe lub senne. Z równowagi wytrąca mnie jedynie konieczność pilnowania jednocześnie wszystkich bagaży, toreb, ciuchów. A one, jak na złość, właśnie w tych kolejowych okolicznościach najczęściej zaczynają coś knuć.

Tym razem padło na szalik, który postanowił zrobić sobie ode mnie małe wagary. Najpierw wypadł mi z torby na grodziskim dworcu. Później zawieruszył się w pociągu, choć w zasadzie spędziłam 50 minut w bezruchu, pogrążona w lekturze, nie dając mu pretekstu do urwania się. W końcu, przed wyjściem na peron w Poznaniu, upchnęłam go do rękawa płaszcza, żeby mieć pewność, że tym razem mi nie zwieje.

Uszłam może ze 4 kroki, kiedy w tłumie podróżnych ktoś dotknął mojego ramienia. Obejrzałam się. Sympatyczny chudzielec w typie wagabundy-hipisa ściskał w garści mój szalik, uśmiechając się serdecznie. Parsknęłam śmiechem, podziękowałam, złapałam winowajcę (szalik, gwoli ścisłości) i upchnęłam do torby. Głęboko. A później ruszyłam na przystanek tramwajowy.

Szukając karty PEKA, musiałam jednak dokonać lekkiego przegrupowania w torbie. Szalik, rzecz jasna, tylko na to czekał. I wypadł.

Podniosłam łajzę, wyobrażając sobie przy tym szereg węzłów, które mogłabym zastosować, by uczynić z niego trwałą ozdobę torebki. W chwili, kiedy upychałam go z powrotem w czeluściach torby, podniosłam wzrok tylko po to, by natknąć się na przechodzącego tuż obok chudzielca. Tego samego. Od szalika. Wskakując do tramwaju (na tyle, na ile to możliwe z ciężką walizką), usłyszałam jeszcze: „Niech pani uważa na ten szalik!”.

Najwyraźniej moja torebkowo-szalowa pantomima nie pozostała niezauważona.
Ale przynajmniej uśmiechałam się przez całą drogę do pracy. W zasadzie – nadal się uśmiecham.

A teraz?

Teraz chętnie pokazałabym Wam delikwenta, który wywołał dziś całe to zamieszanie. Ale nie mogę. Korzystając z okazji, że byłam dziś na przedstawieniu, mój niesforny szalik znów jakimś cudem wydostał się z torby.

I… został w pracy.

Mam nadzieję, że dobrze się tam bawi, bo jutro… oj, jutro się z draniem policzę!

Reklamy