Oderwijmy się na chwilę od politycznego bagna – choć obecność dzikich plemion w tytule tego wpisu wydaje się nader kusząca jako kontekst do scen rozgrywających się w poselskich ławach, cofających nas w cywilizacyjnym rozwoju o co najmniej kilkanaście stuleci.

A figę! Dziś dla odmiany będzie o teatrze. 🙂

Kiedy ktoś mnie pyta, czym się zajmuję na co dzień, odpowiadam, że układam puzzle. Albo klocki. Dla niektórych jestem nianią, dla innych – zmorą i złem wcielonym, dla części teatralnej ekipy – tą nudziarą, która zasypuje skrzynki mailowe zatrważającymi ilościami wiadomości.

Ale to nie jest cała prawda o mojej teatralnej działalności. Bo czasami – nieczęsto, ale na tyle regularnie, by móc się tym cieszyć, nie nudząc się – zasiadam też w kabinie elektro-akustycznej i klikam. Klikam na potęgę, obsługując napisy w kilku przedstawieniach. I – choć niekiedy wiąże się ono z siedzeniem w pracy do późnego wieczoru – bardzo to zajęcie lubię. Zwłaszcza, kiedy przychodzi pora na pewnego poetę.

„Mister Barańczak” to dla mnie spektakl wyjątkowy – nie tylko dlatego, że odświeżam sobie dzięki niemu zasób chwytliwych cytatów na każdą okazję. To też przyjemność czysto dźwiękowa, bo na scenie – prócz doborowej ekipy aktorów – pojawiają się również muzycy. A razem z nimi – żywa, cudowna, orzeźwiająca fala nut.

Mam w tej fali swoje ulubione momenty. Chwile, na które czekam z zapartym tchem, śliczne drobiazgi, muzyczne niuanse, dla widzów zapewne niedostrzegalne, lecz dla stale obsługującej ten spektakl ekipy będące nierzadko punktami orientacyjnymi na oceanie dźwięków. Jeden z nich zawdzięczam pianiście, który wypowiadane przez Mistera B. słowa „włóczyłem się wśród stepów, gdzie wrzask Hunów brzmi jeszcze w wichrze” puentuje zwykle dodatkowym, delikatnym, jakby zrodzonym z owego wichru muśnięciem klawiatury na poboczu głównego nurtu melodii. Cudo! Cudo, które zazwyczaj wywoływało porozumiewawcze łypnięcie oka na linii akustyk-operator napisów. „Było?”. „Było!”. Świat może kręcić się dalej.

I nagle, kilka dni temu, świat zatrzymał się na moment, a Hunowie zamilkli. Nowy pianista – zastępujący naszego przyjaciela barbarzyńców we wrześniowym bloku przedstawień i też znakomity, nawet taka muzyczna sierota jak ja potrafi to docenić – nie miał pojęcia o istnieniu wiadomego ozdobnika, nie mógł więc go zagrać.

Milczałam na próbie. I na pierwszych dwóch spektaklach. Głupio mi było się wymądrzać, choć bardzo brakowało mi tej właśnie chwili w przedstawieniu. Wreszcie w poniedziałek, na dzień przed przedstawieniem numer 3, Opatrzność postanowiła mi pomóc, sprowadzając wspomnianego muzyka przed sam mój nos. A ja, pół żartem, pół serio, wspomniałam mu o biednych dzikich plemionach pozbawionych głosu.

I wiecie co? Zagrał! Inaczej, po swojemu, ale jednak!

Po scenie znów przemknęła złożona z cienia i nut banda Hunów.

A ja? Ja poczułam się, jakby ktoś dał mi prezent. Albo oddał bardzo cenną, choć przecież maleńką, zgubę. Będę się z tego cieszyć przy każdym kolejnym spektaklu. Bo przecież szczęście składa się właśnie z takich drobnostek.

I tylko sterroryzowanemu tak skutecznie pianiście nie zdążyłam jeszcze – w imieniu Attyli i własnym – podziękować.

To pisałam ja, Anula, samozwańcza patronka bandy Hunów.

Reklamy