Na ogół trzymam się z daleka od świata polityki. Fakt, czytuję to i owo, żeby nie stracić orientacji, obserwuję kilka blogów, których autorów stać na krytyczne, trzeźwe spojrzenie na świat, staram się brać udział we wszystkich wyborach (ciągnąc za sobą każdorazowo moją szanowną rodzicielkę, bo ojciec pod tym względem jest, niestety, niereformowalny)…

Wszystko to robię, ale trzymając się przy tym na stosowną odległość – taką, jaką na ogół zachowuje się, gdy w grę wchodzą rzeczy o nieprzyjemnym zapachu. Unikam też wszelkich wieców i zgromadzeń, nie lubię maszerować i skandować haseł, a tłumy – i te inspirowane z lewej, i te z prawej strony sceny politycznej, budzą we mnie naturalny odruch ucieczki. Nie znoszę radykalizmu. W jakimkolwiek by się nie objawiał ujęciu. Staram się też szanować ludzi myślących o świecie i polityce inaczej niż ja, zakładając, że i oni uszanują moje podejście.

Cały ten dystans trafia jednak szlag, kiedy ktoś usiłuje ustawowo zajrzeć mi pod sukienkę.

A to się właśnie dzieje. Tu, w Polsce. W XXI wieku.

Obywatelski (sic! – czy to nie sarkazm?) projekt ustawy antyaborcyjnej spreparowany przez komitet „Stop Aborcji” uderza w każdą kobietę w tym kraju. Więcej – uderza w całą rzeszę ludzi, którzy kobietom w ciąży powinni pomagać, zostawiając władzom na tyle szerokie pole do popisu w zakresie możliwych kar za spowodowanie – umyślne czy nie – przerwania ciąży, by nawet najodważniejszych lekarzy łatwo dało się zastraszyć, skutecznie paraliżując ich działania.

O.K., zanim ktoś mi tu zarzuci, że snuję czysto akademickie rozważania, przyznam się: tak, jestem osobą samotną, mam prawie 32 lata, o czym boleśnie przypomni mi w piątek kalendarz, a bycie w ciąży – niestety – mi nie grozi. Tak się ułożyło. Nie znaczy to jednak, że nie obchodzi mnie albo nie dotyczy to, co ma się jutro wydarzyć w sejmie. Obchodzi. Dotyczy. I to bardzo.

I nie chodzi tylko o chęć zachowania „cielesnej” autonomii.

Nie chodzi tylko o to, że chcę swobodnie wybierać: metody antykoncepcji, aptekę, w której będę mogła – bez gadania o sumieniu – kupić przepisane przez lekarza medykamenty, lekarza, któremu zaufam, czy wreszcie moment, w którym zdecyduję się na zajście w ciążę, bez polegania na pachnących średniowiecznem pomysłach z kalendarzykami.

Nie chodzi o to, że nikomu nic do tego, z kim sypiam i jakie są tego skutki. I czy mam zdrowie/siłę/ochotę/warunki*, by przez 9 miesięcy pełnić funkcję inkubatora (a do tego najwyraźniej sprowadza się rola przyszłej mamy wg wspomnianego komitetu).

Chodzi o to, że ten parszywy projekt odbiera mi możliwość zachowania się przyzwoicie. A przez przyzwoitość rozumiem w tym wypadku posiadanie wolnej woli i samodzielne podjęcie decyzji zgodnej z moim sumieniem.

Nie. Według ruchów takich, jak „Stop Aborcji”, kobieta – podobnie jak rzesza lekarzy i innych okołociążowych funkcji – jest od razu stawiana na pozycji podejrzanej o wszelkie machinacje mające na celu przerwanie stanu błogosławionego. Trzeba więc kobiecie odebrać prawo do decydowania. Trzeba – mnie, Ciebie, koleżankę z pracy, sąsiadkę z bloku obok, zgwałconą nastolatkę, och, whatever, każdą z nas – na kilka miesięcy ubezwłasnowolnić pod pozorem ochrony życia poczętego. Jakby sama kobieta nie miała już prawa do życia i do jego ochrony.

Marna ze mnie biblistka, ale – o ile pamiętam – niejaki Bóg swego czasu dał nam wolną wolę. Wszystkim, bez wyjątku. I bez drobnego druku na dole umowy, który informowałby, że kobiety można w określonych warunkach owej woli pozbawiać. Czy ktoś wyrwał – niechcący? – tę kartkę z Waszych egzemplarzy Biblii, szanowni obrońcy życia poczętego?

Chciałabym jutro, pojutrze i w każdy inny dzień budzić się w kraju, w którym – nawet jeśli nadal rządzi nim banda fanatyków religijnych – mogę sama decydować o tym, czy zachowam się przyzwoicie, czy też nie, i rozliczać się z tego, co robię, sama ze sobą. Bez wiszącego mi nad głową miecza. Bez gadania o religii, bo nie każdy musi wierzyć w to samo. Bez wytyczanej drutem kolczastym kolejnych ustaw jedynej słusznej ścieżki, tak nam dopomóż Bóg. Bez zastraszania zdjęciami usuniętych płodów na wielkich banerach. I bez wmuszania mi modelu moralności, który nie przystaje do mojej wizji porządnego świata.

Chciałabym żyć w państwie, które mi ufa. Bo na to zasługuję.

Jutro okaże się, czy jest na to szansa, czy też będzie to dla Polaków czarny czwartek.

 

* niepotrzebne skreślić

Reklamy