Lipiec i sierpień to u mnie miesiące oszczędności. Remont łazienki pochłania koszmarnie duże fundusze, oszczędności topnieją w tempie ekspresowym, a końca zabawy nie widać… Trzeba więc robić cięcia, gdzie się tylko da. No, ale włosy też trzeba podcinać, choćby się je przecież zapuszczało…

Postawiona podczas urlopu przed takim właśnie dylematem, postanowiłam skorzystać z usług fryzjerki w moim rodzinnym mieście, tak po sąsiedzku. Zwłaszcza, że zależało mi jedynie na skróceniu tyłu.

Zadzwoniłam więc, umówiłam się, w wyznaczonym terminie zawitałam do salonu… i zastałam tam mistrzynię nożyczek i poddawaną właśnie zabiegowi balejażu starszą panią. Grzecznie zasiadłam w fotelu, ze stosu czasopism wygrzebałam stary numer „Focusa” (miła niespodzianka, nieczęsto widuję tego typu prasę w salonikach fryzjerskich) i zatopiłam się w lekturze, temu, co dzieje się w salonie, poświęcając jedynie niezbędny ułamek uwagi. Do czasu…

W pewnej chwili zatopione w rozmowie panie zajęły się omówieniem przypadku najnowszego grodziskiego samobójcy. Ustalanie personaliów, omówienie sytuacji rodzinnej, wszelkich możliwych przyczyn i skutków jego decyzji zajęło im jakieś 5 minut i pewnie nie pamiętałabym o tym fakcie wcale, gdyby nie to, że później obie interlokutorki zajęły się rozważaniami teoretycznymi na temat najmniej bolesnej formy odebrania sobie życia. I do moich uszu wnet zaczęły dobiegać stwierdzenia typu: „Pani kochana, gdybym to ja miała się zabić, w życiu bym się nie powiesiła…”; „Tak, tak, tylko tabletki, bo człowiek sobie zaśnie i po sprawie, a tak to wisi, dusi się, charczy…”; „Z moim szczęściem to bym pewnie coś zepsuła i tak dyndała godzinami bez skutku…” etc.

Nagle gazeta przestała mnie interesować. Złożyłam ją na kolanach i już, już w zasadzie otwierałam usta, żeby wyjaśnić paniom, że przy odpowiednio nieelastycznym sznurze i prawidłowo zadzierzgniętej pętli oraz odpowiednio długiej linie człowiek nie męczy się długo, przeciwnie, następuje przerwanie rdzenia i koniec zabawy. Już cisnęły mi się na usta grzeczne uwagi, że całe to duszenie to tylko legenda albo malowniczy chwyt stosowany na użytek sztuki filmowej. I że w rzeczywistości wygląda to inaczej, no chyba że ktoś pchnie przyszłego wisielca do przodu, zamiast wykopać mu spod nóg podparcie, bo wtedy siły rozkładają się inaczej.

Zamknęłam jednak usta. Spojrzałam na zatopione w rozmowie kobiety i powoli uniosłam gazetę z powrotem na wysokość twarzy.

Bo Grodzisk to niewielkie miasto. I choć odczuwam zaledwie nikłą więź z jego mieszkańcami, bo większość relacji pourywała się po moim wyjeździe na studia, to jednak zamiłowanie do świętego spokoju (mojego i rodziców, bo tu wszyscy wiedzą, kto jest czyim dzieckiem, nawet jeśli owo dziecko nie ma o tym pojęcia) okazało się silniejsze od chęci popisów.

Bo jak niby miałabym im wytłumaczyć, że przedawkowałam w te wakacje powieści kryminalne i wieczorne odcinki CSI, które tak namiętnie ogląda moja mama?

Bo lepiej nie ryzykować.

I ćwiczyć się w sztuce milczenia, zwłaszcza jeśli chce się jeszcze kiedyś skorzystać z usług fryzjerskich w tym samym punkcie.

A warto, bo za strzyżenie płaci się tu 8 złotych, a nie 30, jak w Poznaniu. 😉

Ot, cena milczenia.

Reklamy