26 lipca. Obchodzę imieniny. Obchodzę szerokim łukiem. 😉

Ta awersja rozciąga się również na inne święta. Rzadko – jeśli w ogóle – wyprawiam przyjęcia z okazji dotyczących mnie bezpośrednio (choć z reguły lubię je wyprawiać innym). Nie lubię. Nie umiem. Nie czuję się dobrze, kiedy mi się śpiewa „sto lat”, nie każdego mam ochotę ściskać i całować (tak, wiem, przemawia przeze mnie czarna niewdzięczność!), że już nie wspomnę o innych formach obchodów, jak na przykład praktykowane w rodzinie „imieninowe/urodzinowe kawki”.

Odkąd pamiętam, cieszyłam się, że tego dnia – prócz mnie – świętują także mama (Mirosława) oraz ciocia (Grażyna), dzięki czemu całe to zamieszanie rozkłada się na trzy solenizantki, z naciskiem na dwie doroślejsze. Ale i tak owe spędy przy stole dały mi się we znaki na tyle mocno, bym już na bardzo wczesnym etapie życia wyleczyła się z chęci organizowania czegokolwiek w tym guście i dla tych ludzi, których – na szczęście tylko formalnie – określać muszę jako swoich „krewnych”: brata mojej matki i jego ordynarnej – a jest to najłagodniejsze z możliwych określeń – rodziny.

A jeśli jest coś, co budzi we mnie odrazę, to ordynarność właśnie. Ordynarność, którą przejmuje się w genach, wysysa z mlekiem matki, chłonie razem z domową atmosferą. Odporna na wykształcenie, zasady dobrego wychowania, autorefleksję. I głośna. Bardzo głośna, zgodnie z maksymą ukutą przez Krasickiego w bajce o mądrym i głupim: „Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny!”.

Niestety, choć dawno już udało mi się wymigać od brania udziału w owych kawkach, „rodzinne” sąsiedztwo nadal zmusza mnie do wysłuchiwania przy byle okazji wrzasków, które w zgromadzonym za płotem gronie uchodzą zapewne za najbardziej kulturalną formę rozmowy. Kto mówi głośniej, ten na pewno mówi mądrzej – oto panująca tam niepodzielnie zasada. Nieważne, po co. Nieważne, na jaki temat – uchodźcy, piłka nożna czy hemoroidy. Nieważne, czy zgodnie z prawdą. Byle paplać, byle mleć ozorami, byle wypełnić tą papką słowną kolejne popołudnie. Między tym wszystkim z krzykiem ganiają dzieci, najniewinniejsze, bo jeszcze nieskażone sposobem myślenia rodziców i dziadków. Szkoda, że nie mogą zagłuszyć całkiem tego bełkotu, który dobiega od stołu.

Wyleczona raz na zawsze ze świętowania w ten sposób, oduczyłam się obchodzenia tych nieszczęsnych lipcowych imienin w ogóle. Dziczeję z wiekiem, to fakt stwierdzony. Jeśli więc ktoś składa mi dziś życzenia, jest mi miło, ale też ciut niezręcznie. Wolę bezokazyjnie wypijane kawy, piwa i wina. Bez śpiewów, prezentów, życzeń i wirtualnych kwiatów, za to w gronie ludzi, po których mogę spodziewać się dobrej rozmowy  lub, równie dobrego, wspólnego milczenia. Na szczęście jest jeszcze kilku takich. Czego i czytającym te słowa – zupełnie bez okazji – cichcem życzę.

 

Reklamy