„Jestem synem króla sedesów. To wysoko postawiona poprzeczka” – rzuca nonszalancko Laska w uznawanym już za klasykę gatunku filmie „Chłopaki nie płaczą”.

W mojej rodzinie trudno się doszukiwać tak szlachetnych powiązań. Mimo to jestem przekonana, że po kilkutygodniowej batalii remontowo-łazienkowej w Grodzisku mogę się nazwać – jeśli nie królową – co najmniej ekspertką. W tematyce sedesowej, oczywiście.

Wiedzieliście, że miski WC mogą mieć odpływ poznański lub warszawski – czyli poziomy lub pionowy? To zupełnie jak z dwoma rodzajami wymowy w Polsce – też są (a przynajmniej – były w czasach, kiedy studiowałam z zapałem) dwie: poznańsko-krakowska i warszawska. 😀 Serio, serio.

Do tego trzeba dorzucić różne odmiany i rozmiary samych misek, kilka opcji pojemności mechanizmu spłukiwania, wersje z kołnierzem zamkniętym, kołnierzem otwartym lub ze spłukiwaniem kropelkowym (przez ekspertów jednak odradzanym ze względu na kłopoty z utrzymaniem czystości tychże),  górnopłuki, dolnopłuki, geberyty rozmaitych gabarytów i inne łazienkowe cuda… Plus względy praktyczne – np. minimalna liczba zagłębień, w których może się zbierać kurz.

Oczywiście, legendy mówią, że raz na 100 lat biedny, niewinny i nieuświadomiony w zakresie sedesologii stosowanej człowiek jedzie sobie do sklepu z myślą, że – ot, tak – wybierze sobie kibelek i rzeczywiście po prostu go kupuje, bez zagłębiania się w zbędne szczegóły.

Jeśli jednak ktoś – jak ja – obłożony został już w dzieciństwie klątwą nadmiernej ciekawości i przekleństwem „muszę się dowiedzieć więcej, zanim kupię”, nie ma szans na ukończenie takiej misji z powodzeniem, zanim nie przeczyta co najmniej pierwszych 200 stron pojawiających się w wynikach wyszukiwania Google’a po wpisaniu hasła „jaki sedes warto wybrać do łazienki godnej tego miana w XXI wieku, w średniej wielkości mieście powiatowym na dodatek”. A później – na zmianę z koszmarami dotyczącymi płytek łazienkowych (to temat na inną re-mącicielską historię) – śnić będzie sedesowe epopeje, nie mogąc za dnia podjąć wiążącej decyzji…

Chyba nawet do olimpiady w sielankowych czasach nauki w technikum nie przygotowywałam się tak dokładnie.

Na szczęście paraliż decyzyjny wywołany nadmiarem informacji minął mi po kilkunastu dniach. Dziwnym trafem zbiegło się to z początkiem promocji na kilka upatrzonych przeze mnie modeli podwieszanych misek WC. Może więc jednak wróżki nad moją kołyską rzucały nie tylko klątwy i przekleństwa?

Zakup zrobiony, remont powoli zmierza ku wielkiemu finałowi (dziś pan fliziarz – uwielbiam to krakowskie słówko i zostawiłam je sobie po przeprowadzce do Poznania w słowniku – podwiesił sufit!), po serii decyzji i transakcji skończyły się też koszmary senne.

I tylko ta absolutnie niszowa, niespłukiwalna wiedza o sedesach zostanie mi w głowie. Na pamiątkę. Choć może zacznę się nią chwalić na randkach w ciemno i innych spotkaniach towarzyskich? W końcu ile dziewczyn w tym kraju może się pochwalić solidnym przygotowaniem w tak nietypowej dziedzinie? 😉 Myślicie, że da się na to kogoś poderwać? 😉

To pisałam ja – domorosła ekspertka od sedesologii stosowanej, mistrzyni niezdecydowania w dziedzinie glazurnictwa, królowa łazienkowych dylematów. Która w doatku już jutro udaje się na inspekcję dotychczas wykonanych prac.

P.S. Za rok – batalia kuchenna. Ciekawe, czego wtedy się dowiem. 😀

P.S.2. Właśnie uświadomiłam sobie, że napisałam blisko 500 słów na temat ceramiki łazienkowej. 😉 Chyba czas na urlop.

Reklamy