Administracja osiedla – na spółkę ze złowieszczą gazownią – czerpie chyba perwersyjną przyjemność z formułowania kolejnych komunikatów na temat trwającego od 3 tygodni kryzysu gazowego w moim bloku.

Kategoryczne wezwania do obecności w mieszkaniach w ściśle wyznaczonych terminach przeplatają się z podawanymi nam w ostatniej chwili informacjami o zmianie tychże terminów. Wciąż przesuwana data powrotu na łono cywilizowanego, gazowego świata pojawia się i znika, i znika, i znika… – jak w pewnej popularnej piosence. Lista warunków, pod jakimi powrót miałby się odbyć, wydłuża się niebezpiecznie… Kontrola, zamykanie zaworów, demontaż liczników, kontrola kontroli… Co dzień, wychodząc do pracy i wracając do domu, z drżeniem serca wypatruję kolejnych obwieszczeń. A panowie z firmy zajmującej się kolejnymi etapami tortur, poznają mnie już po głosie, kiedy dzwonię, by umówić się na indywidualną wizytę poza wyznaczonymi godzinami – gazownia i administracja mają bowiem specjalny wzór, który pozwala im precyzyjnie wyznaczyć widełki czasowe, w których żadnego z mieszkańców nie będzie z całą pewnością w okolicy, i, jak dotąd, trafiają bezbłędnie.

Kiedy więc – po trzech dniach pluskania się w zimnej wodzie w Grodzisku (tam, dla odmiany, mamy gaz, ale trwa właśnie generalny remont łazienki), wizycie u dentysty i kilku godzinach spędzonych w pracy – wróciłam na grunwaldzkiej ojczyzny łono, niespecjalnie zdziwiło mnie, że na drzwiach wejściowych widnieje zupełnie nowe ogłoszenie. Tym razem informujące o bezwzględnej konieczności przeprowadzenia w każdym mieszkaniu „uproszczonej kontroli szczelności instalacji”, co „jest warunkiem niezbędnym do przywrócenia dopływu gazu po awarii”. Cytat pierwszy to pewne novum po zaworach, demontażach i kontrolach. Cytat drugi – stały element każdego z komunikatów. Ot, koloryt lokalny, administracyjne kyrie elejson, podstawa gazowego katechizmu.

Zadzwoniłam, pan od gazu zajrzał, skontrolował w uproszczony sposób instalację, przy okazji wykrywając, że któraś z poprzednich ekip (były już trzy) nie dokręciła zaworu gazu przy kuchence, bo jest źle umiejscowiony, a inna – nie sprawdziła tego dokładnie. Ponarzekaliśmy, pośmialiśmy się, na pociechę dostałam też kilka anegdotek, jak to przy innych awariach bywało („Gorzej, łoo, pani, dużo gooorzej!”), co zapewne miało mi osłodzić fakt, że awaria potrwa jeszcze co najmniej tydzień. I że jutro rano zajrzy do mnie ekipa numer pięć, bo ten zawór przy kuchence to jednak trzeba wymienić, skrócić wężyk, coś dokręcić, żeby kłopotów nie było.

I pojechał.

A ja nadal siedzę, i myślę.

Wyobrażam sobie panie z administracji i z gazowni, które – schylone wspólnie nad jednym zdezelowanym pecetem – żmudnie układają kolejne ogłoszenia, okraszając je sowicie urzędową nowomową, groźnymi sformułowaniami i obowiązkowymi warunkami. Widzę, jak z przejęciem obciągają bluzeczki na falujących dramatycznie („Co za duchota dzisiaj!”) biustach, jak – skupione na migającym miarowo kursorze – głowią się pod swoimi trwałymi ondulacjami, jak tu nas jeszcze dopieścić. Słownie. I widzę oczyma duszy mojej, jak ciągną losy z zapałek, by zdecydować, której z nich tym razem przypadnie przyjemność kliknięcia polecenia „Drukuj”.

Myślę o porozumiewawczych spojrzeniach, które ostatnio wymieniamy z sąsiadami, choć wcześniej ledwo był czas na rzucenie w biegu „Dzień dobry!”.

Myślę o napisaniu krótkiej analizy języka objawień, którym posługują się wyznawcy bogini Administacji i bożka Gazu w komunikacji z nami, maluczkimi.

I o tym, że od 8 czerwca moje skromne lokum odwiedziło więcej ludzi, niż wcześniej przez całe trzy i pół roku mieszkania w Poznaniu .

Chyba stałam się odludkiem.

A może nie? Nie stałam się nim, tylko wcześniej lepiej maskowałam się przed samą sobą?

Typowa Krystyno z gazowni!
Typowa Violetto z administracji!

Proszę, oddajcie mi gaz, zanim na dobre zacznę zagłębiać się w niuanse auto-psycho-analizy. Bo to może być znacznie gorsze niż jakiś tam potencjalny wybuch instalacji.

Reklamy