Wczoraj o godz. 20.00 świat na zawsze zmienił swoje oblicze – no, przynajmniej dla tych kilkunastu milionów Polaków, którzy interesują się choć w minimalnym stopniu piłką nożną (jak np.moja mama, która dopiero niedawno uświadomiła sobie, że Nawałka to nazwisko trenera reprezentacji, a nie rodzaj ofensywnej formacji czy coś w tym guście).

Pragnąc włączyć się w ten radosny, biało-czerwony nurt, notuję tu ku pamięci i dla potomności niniejszą refleksję, która naszła mnie dziś o poranku.

Otóż w Poznaniu- jak w każdym większym mieście – funkcjonuje coś, co nazywamy rynkami. Jeden z nich, Rynek Jeżycki, mijam codziennie w drodze do pracy. I właśnie dziś, mijając targowisko, uświadomiłam sobie, że pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna stragany z koszulkami, szalikami, czapkami, flagami, wuwuzelami i innymi patriotycznymi gadżetami nie muszą zwijać się zaraz po zakończeniu rozgrywek grupowych. Że nasi piłkarze nie tylko zapewnili kibicom sporo radości, lecz również podarowali handlowcom kilka dni więcej na mozolne wypracowywanie zysków ze sprzedaży przydatnych podczas meczów zabawek.

Bardzo nietypowe zjawisko jak na polską gospodarkę, nieprawdaż?

Reklamy