Staram się, jak tylko mogę, unikać okazji do odczuwania pogardy.
Nie lubię tego uczucia, bo zatruwa; jak żadne inne potrafi ono zanieczyszczać myśli i zniekształcać obraz świata niczym niedopasowane okulary.
Jest jednak typ ludzi, który budzi we mnie co najmniej politowanie, jeśli nie pogardę właśnie – to ci, którym wydaje się, że łatwiej mnie zjednać serią pustych pochlebstw, niż po prostu i bez opakowywania komunikatu w zbędne ozdobniki mówiąc, czego sobie ode mnie życzą.
A ja przecież – wbrew pozorom i wbrew stereotypom dotyczącym płci – jestem stworzeniem prostym w obsłudze. Kto zna mnie choć trochę, ten wie, że można się ze mną dogadać, czy to w pracy, czy poza nią, bez większych trudności. Niezależnie od układów, sympatii, poglądów etc. Bywam wredna, przyznaję. Ale nade wszystko staram się być przyzwoitym człowiekiem. A zgodnie z definicją, którą sobie przez lata wypracowałam, człowiek przyzwoity stara się pomagać innym wtedy, kiedy może, a nie wtedy, kiedy mu się to opłaca.
Nie potrzebuję kadzenia, nie lubię zasłon dymnych, źle reaguję na nadmiar słodyczy… Bo pochlebstwa, ta słowna tandeta w najpodlejszym gatunku, nędzne, lepkie, bazarowe świecidełka, stanowią obrazę dla – najpośledniejszego nawet – intelektu. Są jak szlam, który – chcąc, nie chcąc – muszę później mozolnie zmywać z myśli.
Dante wiedział, co robi, umieszczając pochlebców, a z nimi – innych łgarzy i hipokrytów – w przedostatnim kręgu piekielnym. I tylko Odyseusza, który też wylądował w Złych Dołach, trochę mi żal ze względu na to szemrane, piekielne towarzystwo… Niewiele kar piekielnych wydaje mi się gorszych od takich współlokatorów.

 

Reklamy