Bardzo lubię powieści, których akcja rozgrywa się w II połowie XIX lub w pierwszych dekadach XX wieku. Klasyczne romanse, wielkie panoramy, sążniste sagi rodzinne – wszystko, co obiecuje wielogodzinną i pełną doznań lekturę. Tak, Cichy Don też zaliczam do tej grupy.

Nigdy jednak – nawet w okresie nastoletniej fascynacji wielkimi romantycznymi bohaterami – nie marzyłam, by przenieść się w czasie i osobiście dokonać wizytacji którejś z literackich czy też historycznych epok, zaznając przy okazji wszystkich „luksusów” z tym związanych. Empiryzm jest zresztą przereklamowany. Co innego – czytanie i poznawanie świata z bezpiecznej perspektywy kanapy… 😉

No, może dla Brunona Schulza zrobiłabym wyjątek.
Ale na chwilę. I z gwarancją bezpiecznego powrotu.

Cóż z tego, skoro podróżą w czasie zostałam uszczęśliwiona na siłę. I to przez własnych sąsiadów, którzy zafundowali mi – dosłownie! – zimny prysznic, majstrując coś przy liczniku gazu i rozszczelniając tym samym to i owo.

8 czerwca na drzwiach wiodących do klatki B w moim bloku pojawiło się niewinnie wyglądające ogłoszenie o tymczasowym odłączeniu dostawy gazu ze względu na awarię w jednym z mieszkań. Przeczytałam je wieczorem, wracając do domu po dniu spędzonym w biurze i na spektaklu, ale nie miałam siły, by zastanawiać się nad znaczeniem tych kilku zdań opatrzonych pieczątką gazowni. Zwłaszcza, że przez ostatnie 3,5 roku wszelkie kłopoty z mediami były przez administrację mojego osiedla likwidowane dość sprawnie.

Dopiero następnego dnia rano uświadomiłam sobie, co właściwie oznacza brak gazu, włażąc pod prysznic i w strumieniu lodowatej wody odświeżając sobie… pamięć. Na tyle skutecznie, by od razu zorientować się, że ulubionej owsianki też raczej sobie nie ugotuję. I żadna Krystyna z gazowni tu nie pomoże.

Kiedy pierwszy szok minął, zaczęłam kombinować, jak tu przetrwać. Zwłaszcza, że na drzwiach objawiła się kolejna kartka ze złowieszczą pieczątką PGNiG, tym razem informująca o konieczności zakręcenia zaworów gazu we wszystkich mieszkaniach w bloku. Planowany termin odkręcenia kurków – 14 lub 15 czerwca. Tydzień po awarii. A później – jeszcze jedna, tym razem informująca o konieczności przesunięcia tego terminu na 27 czerwca. I następna, o konieczności demontażu (!) wszystkich gazomierzy w terminach 20 i 21 czerwca. I jeszcze jedna – najświeższa, bo dzisiejsza: przesuwająca tę operację o 1 dzień ze względu na plan pracy gazowni… Planowany termin przywrócenia cywilizacji w pewnym bloku na osiedlu Cyryla Ratajskiego? Nieznany. Może to i lepiej?

No i mam swoją podróż w czasie. XIX wiek – jak nic! Zimne prysznice ponoć są zdrowe, ba, nawet zaczynam się do nich przyzwyczajać (wiwat, lato!), ale jakoś nie potrafię przekonać się do mycia włosów w lodowatej wodzie – mam wtedy wrażenie, że resztki moich szarych komórek przymarzają do czaszki w bardzo bolesny sposób. Wróciłam więc do metod znanych naszym babkom i prababkom: zagrzewam wodę w czajniku (wiwat, elektryczność!), wlewam ją do miski, całkiem nieźle udającej stylową miednicę sprzed stulecia (wiwat, plastik!), a następnie – po odpowiednim zmieszaniu z wodą zimną, dokonuję czynności ablucyjnych, posiłkując się – również plastikowym – różowym dzbankiem, jakiś czas temu zakupionym w celach kuchennych (idealnie ubija się w nim białka, bitą śmietaną lub ciasto na naleśniki…).

Jeszcze tydzień i chyba zakupię stylową koszulę nocną, taką do kostek i z długimi rękawami wykończonymi koronką, żeby jeszcze bardziej wpasować się w klimat. Tylko włosy coś jakby za krótkie jak na dziewi… znaczy: niewiastę XIX-wieczną. No i łazienka w bloku swoimi rozmiarami też nie zachęca do tego typu aktywności – przydałby się raczej pokój łaziebny. Oraz balia. 😉

A jeśli (tfu! odpukać!) gazowe kłopoty potrwają dłużej, mam już plan, jak zbić na tym nieszczęściu majątek. Będę w celach szkoleniowych podnajmować moje mieszkanie dziennikarzom, którzy co jakiś czas przecież straszą nas w TV, prasie i Internecie, że Rosja zakręci nam kurek z gazem i będzie klops. Niech sprawdzą, jak będzie się wtedy żyło. Dzień. Dwa. Albo i miesiąc. Za niewielką opłatą, oczywiście. 😀

Za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze skonstruuję maszynę, która przeniesie mnie z powrotem do XXI wieku. I zwieję stąd prosto pod gorący prysznic! Gazu!

AKTUALIZACJA – 21 czerwca: zabrali licznik. Została tylko szara, naga jama… I to mi wystarczy… 😛

Bezlicznika

Reklamy