W pierwszej dziesiątce zjawisk, które mnie denerwują, akwizytorzy wszelkiej maści plasują się naprawdę wysoko.

Nie znoszę być uszczęśliwiana na siłę – nieważne, czy chodzi o garnki lub najnowszy model maszyny do szycia w cenie promocyjnej przekraczającej czterokrotnie moją miesięczną wypłatę, wszechobecne reklamy (wierzę, że ktoś kiedyś wymyśli wersję AdBlocka dającą się zainstalować w okularach – choćbym miała wziąć kredyt, kupię ten wynalazek!) czy włączające się bez pytania mnie o zdanie idiotyczne filmy na Facebooku i Onecie (który uparcie próbuje mi wmówić, że powinnam obejrzeć transmisję na żywo z treningu naszych orłów przed pierwszym starciem na Euro 2016).

Ale najbardziej irytuje mnie wciskanie, gdzie tylko się da, politycznego kitu.

Od ponad 3 lat mieszkam w Poznaniu i choć są miejsca, gdzie spędziłam znacznie więcej czasu, to miasto staje mi się coraz bliższe i w związku z tym staram się na bieżąco interesować dotyczącymi go sprawami.

Kilka miesięcy temu przez wielkopolskie media przetoczyła się burza dotycząca planów zmiany nazwy fragmentu ulicy Roosevelta, na – a jakże! – ulicę prezydenta męczennika i jego małżonki. Marię Kaczyńską zniosłabym jeszcze – zawsze z sympatią obserwowałam jej aktywność w roli pierwszej damy, że o poczuciu solidarności, które łączy wszystkie kobiety o trudnej do dostrzeżenia urodzie, nie wspomnę. Ale żeby od razu obdarowywać poznaniaków pakietem „kaczyńskości”?! Przesada. Na szczęście pomysł przepadł.

Kilka tygodni temu – w okolicach rocznicy katastrofy smoleńskiej – władze samorządowe miały od prorządowych wojewodów otrzymać pisma wzywające do przeprowadzenia treningu syren alarmowych, a termin owego treningu dziwnym trafem co do minuty pokrywał się z datą wypadku.

Kilka dni temu spadł nam z niebios nowy dar losu, tym razem w postaci koszmarnego pomnika Jezusa, po partyzancku – choć w asyście Antoniego Macierewicza – postawionego na Jeżycach. I cóż z tego, że władze miasta nie wydały zgody? Rycerze księdza Natanka stoją na warcie. I kto wie, jaką broń chowają pod płaszczykami…

I wreszcie news sprzed zaledwie kilkunastu godzin: prezydent Poznania wystosował protest wobec próby wzbogacenia obchodów Poznańskiego Czerwca ’56 o – no, kto zgadnie? Oczywiście o wątek smoleński…

Staram się na co dzień trzymać w bezpiecznej odległości od całego tego politycznego bagna, które na własne życzenie zaserwowaliśmy sobie w wyborach. Ale – jak każdego myślącego w miarę samodzielnie człowieka – trafia mnie szlag, kiedy ktoś otwarcie i bez najmniejszego poczucia żenady próbuje wciskać mi już nawet nie kit, a gówno. Bo nie da się inaczej określić całej tej polityczno-religijnej hucpy.

Do kroćset! Założę się, że nawet ameba zrozumiałaby po krótkim namyśle, że wciskanie ludziom na siłę pomników, ulic, wieńców i martyrologii, niekiedy nawet z pominięciem obowiązujących przepisów czy procedur, przyniesie w końcu skutek odwrotny od zamierzonego. I w końcu – mocno w to wierzę – podziękujemy wszystkim akwizytorom, politrukom i rycerzom podejrzanej konduity…

Dlaczego tak zwani wybrańcy narodu nie potrafią tego pojąć?

Każda śmierć i każda żałoba zasługuje na uszanowanie. Ale takie machinacje, jakich z ofiarami feralnego lotu dokonują obecnie rządzący, z szacunkiem nie mają nic wspólnego.

AKTUALIZACJA – 21 czerwca: jako że – zaalarmowany postawą poznańskiego prezydenta – Antoni Macierewicz wydał ukaz, zgodnie z którym wszędzie tam, gdzie ma być asysta wojskowa, powinien być bezwzględnie odczytywany apel smoleński, Jacek Jaśkowiak zdecydował, że uroczystościom w Poznaniu nie będzie towarzyszyć wojsko. Jestem dumna, że mieszkam w Poznaniu. 🙂

 

Reklamy